Rzeczpospolita Polska

Marian Matłok


 

marian_matlok

Marian Matłok ukończył w Katowicach Technikum Górnicze. Nie pochodził ze Śląska i czuł, że jakoś tam nie pasuje. Planował studia na AGH, ale na zadymiony Górny Śląsk wracać nie zamierzał. Widział się przy mechanizacji, ale na zdrowym powietrzu, dlatego wybór padł na rolnictwo. Umacniał go w tym wykładowca przedmiotów technicznych i dlatego ostatecznie pan Marian zdecydował o mechanizacji rolnictwa. A Wrocław? Uprawiał sport, bywał we Wrocławiu na zawodach sportowych i to miasto bardzo mu się spodobało, chciał tu zamieszkać. Rozpoczynał studia w WSR, a kończył na AR, na kierunku mechanizacja rolnictwa. Dziś zatrudnia 85 osób w dwóch firmach w Trzebnicy, zajmuje się transportem międzynarodowym, serwisem samochodów ciężarowych, rozbudowując stacje paliw i diagnostyczną. Powoli przekazuje pałeczkę synowi.

Chciałbym coś robić, ale nie można

Po studiach, w 1975 r., wyjechali – pan Matłok z żoną – do Krotoszyna, gdzie jako technolog został zatrudniony w POM -ie. Pamiętam, jak pojechałem kiedyś do huty na Śląsku po elementy stalowe. Ładujemy materiał i widzę, że to nie to, że oznaczenia na metkach nie pasują do tego, co mam na wykazie. Wstrzymuję załadunek, dzwonię do swojego dyrektora technicznego, a on mi mówi, bądź cicho, grunt, żeby średnice pasowały, na resztę nic nie poradzisz. Zetknąłem się z tym, że coś chciałoby się zrobić dobrze, ale nie można. Dzisiaj pan Matłok ocenia, że odbywał się jakiś gwałt na ludziach wykształconych. Byli po studiach, mieli wiedzę i otwarte umysły, ale nie było materiałów. Myślenie należało skorygować: nie jest ważna jakość i tak wszystko się sprzeda, bo lista kupców była na trzy lata. Ważne były ilość, obrót, a jakość nie. Istotny był plan. W POM -ie pan Matłok przetrwał rok, a później wraz z rodziną przeprowadził się do Trzebnicy, zatrudniając się na stanowisku kierownika Zakładu Mechanizacji przy Kombinacie PGR , pracował tu 9 lat.

Przedsiębiorczość przede wszystkim

W 1985 r. pan Matłok odszedł z państwowej firmy i dobrego stanowiska i założył prywatną firmę transportową. Znałem się na samochodach i na logistyce, lubiłem wielkie Scanie i Volvo – symbolizowały otwarcie się na świat. Wspomina, że pod względem gospodarczym czas był na to bardzo dobry, choć istniały przeszkody administracyjne i polityczne. Poważną zagwozdką było to, że firma wiązała się prawnie z człowiekiem – gdyby mu się coś stało, nikt nie mógłby jej dalej prowadzić, bo licencje były wydawane na nazwisko właściciela i wraz z jego odejściem wygasały. Ten problem nie dotyczył spółek z o.o. Myślałem o tym, jako szef, który chce rozwijać firmę i kupować licencje, ojciec rodziny i wreszcie jako kierowca pokonujący codziennie setki kilometrów. Zanim zmieniła się legislacja w 1994 r. w tym zakresie, uzgodniliśmy z synem, wtedy jeszcze studentem, że założy spółkę z upadającą firmą, od której chciałem przejąć samochody z licencją, a ja później wykupiłem udziały tej spółki. Tak powstała druga firma, wspólna z synem. Po pięciu latach pan Matłok zatrudnił kilka osób i zszedł z samochodu, koncentrując się już tylko na organizacji. Przedsiębiorca musi być przewidujący. Pan Matłok jest. Mimo odwagi w podejmowaniu decyzji, zawsze uważał, że nie wolno stać na jednej nodze. Inwestuje i realizuje projekty finansowane przez Unię. Zakupił teren wokół swojej firmy, rozbudował stację diagnostyczną, stację paliw, halę naprawczą dla ciężarówek. W życiu kierował się zawsze zasadami dobrej współpracy i wzajemnego zaufania, a solidność i uczciwość to najważniejsze wartości przynoszące sukcesy. Pan Marian Matłok myśli ciepło o swojej uczelni, bo obok wiedzy i wszelkich umiejętności, jakich tu nabył, włączając nawet naukę gry w brydża, także tutaj poznał swoją żonę, wówczas studentkę geodezji, z którą wspólnie realizują wszystkie pomysły i przedsięwzięcia.

Ewa Jaworska

Źródło: „Głos Uczelni” nr 202