Rzeczpospolita Polska

Paweł Dańczuk


 

pawel_danczuk

Przeciętny mieszczuch wie, że w kinie najbardziej smakuje prażona kukurydza, a na pikniku albo na plaży – gotowane kolby. Pan Paweł Dańczuk – prezes zarządu Centrali Nasiennej Sp. z o.o. w Środzie Śląskiej o kukurydzy wie wszystko. Nic dziwnego, pracuje nad nią od 1972 roku, kiedy to ukończył na naszej uczelni specjalizację hodowla i nasiennictwo na Wydziale Rolniczym (obecnie Przyrodniczo-Technologicznym).


Kierunek – Kobierzyce

Pan Dańczuk pojechał tam po studiach z kolegą z roku Tadziem Skibniewskim. Błoto po kolana, ale knajpa jest, kościół jest, a do Wrocławia niedaleko. Jego praca polegała na tym, aby nauczyć rolników, czym jest kukurydza, jak się ją hoduje, no i że warto. Wspomina rodzinę, która zasiała pewnego roku pół hektara kukurydzy, narobiła się przy niej straszliwie, ale za plony kupiła sobie dużego Fiata.

Zarobek był wielki, gdyż zapotrzebowanie na kukurydzę było duże – 28 tys. ton rocznie (dzisiaj ok. 18 tys. ton). Stacja Hodowli Roślin w Kobierzycach miała poletka aż do Oławy, na które pan magister jeździł na motorowerze.

Organizowała również nasiennictwo w innych krajach Bloku Wschodniego – na Węgrzech, w Bułgarii i Rumunii. Pan Dańczuk jeździł i tam, wspominając po latach uciążliwości systemu – konieczność oddania paszportu w ciągu 24 godzin po powrocie czy też wymianę bezdewizową, która polegała na tym, że nie można było mieć przy sobie waluty, dostawało się ją po przyjeździe na miejsce przeznaczenia, a to uniemożliwiało skorzystanie podczas podróży z bufetu albo toalety. Pan Dańczuk wspomina jednak to, co miłe – chałwę z Bułgarii, orzeszki pistacjowe z Czech, kurczaki z rożna, jedzone po raz pierwszy w Niemczech. Zawodowo z podróży zagranicznych przywożono nowe materiały, linie wsobne, które wzbogacały polski zasób o nowe genotypy.


Nie mam dnia przerwy w pracy

Dodajmy, że od 16. roku życia, gdyż najpierw pan Dańczuk pracował w gospodarstwie u rodziców w Nowej Wsi (w opolskim). Studia na uczelni przyrodniczej były więc naturalnym wyborem. Wówczas Wyższa Szkoła Rolnicza we Wrocławiu oferowała dwa kierunki studiów – rolnictwo i weterynarię, na dwóch wydziałach – Rolniczym i Medycyny Weterynaryjnej. Specjalizację można było wybrać na czwartym roku.

Podczas studiów, jak wielu, pracował w Robocie – spółdzielni działającej podobnie jak Student Serwis i organizującej pracę tymczasową studentom. Zasady były takie, że można było mieć jedną książeczkę pracowniczą, ale student Dańczuk miał pięć, ponieważ poprosił koleżanki, żeby sobie wyrobiły, on na nie pracował, a później odpalał dziewczynom działkę. Zarabiali z kolegami, malując domki wczasowe, kopiąc ogródki. Przy ul. Krakowskiej mieli wyłączność na mycie okien.

W Kobierzycach pan Paweł Dańczuk pracował od 1972 do 1990 roku, do czasu gdy przedsiębiorstwo rozpadło się na trzy stacje hodowli roślin i pięć centrali nasiennych.


Nowe czasy

Do konkursu na dyrektora samodzielnej jednostki namówiły pana Dańczuka koleżanki ze Środy Śląskiej. Wygrał, a jego biznesplan się sprawdził – Centrala Nasienna rozkwitała, wchłaniając upadające przedsiębiorstwo w Oleśnicy. Kiedy w 2000 roku postępowała komercjalizacja państwowych przedsiębiorstw, Centrala Nasienna w Środzie Śląskiej pod jego zarządem stała się spółką z o.o. ze stuprocentowym udziałem Skarbu Państwa. W 2009 roku umową spółki zbyto 85% udziałów firmie austriackiej Saatbau Linz, pozostałą częścią dysponują pracownicy i rolnicy. Ta firma austriacka to też spółka, jej właścicielem jest pięćset rolników.

Zdaniem Pawła Dańczuka w firmie państwowej jest za dużo polityki a za mało gospodarki, panuje tymczasowość i krótkowzroczność, a przecież nie może być inaczej, gdy zarząd powoływany jest maksymalnie na trzy lata, a każdy nowy rząd wprowadza swojego człowieka. Firma prywatna pokazuje klarowny kierunek rozwoju. Na prywatyzacji Centrali Nasiennej skorzystali wszyscy, zwłaszcza rolnicy, ponieważ mają dostęp do większej liczby odmian i zdecydowanie większy wybór, poza tym odmiany austriackie świetnie się w Polsce sprawdzają.


Prezesem nikt nie jest, tylko się staje

Nigdy się nie przyzwyczaiłem, że tu pracuję, nie przywiązywałem się nigdy do funkcji dyrektora, zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że można mnie odwołać. Nigdy też nie przenosiłem problemów i emocji do domu, i z powrotem – mówi pan Dańczuk. Ta filozofia życia niewątpliwie pozwalała na zachowanie równowagi w skomplikowanych czasach, które dzisiaj też wcale nie są łatwiejsze, stawiają tylko nieco inne zadania, których ciężar prezes Centrali Nasiennej doskonale czuje: Musimy wdrażać programy, których dotąd nie znaliśmy, dostosować strukturę firmy, rozbudować działy, o których dotąd nie mieliśmy pojęcia, że są potrzebne, ale najważniejsze są zmiany w naszej mentalności. Przyzwyczajenie do bylejakości pokutuje w naszych głowach, lubimy poprawki, nie szanujemy pracy drugiego człowieka, rozmywamy odpowiedzialność – wszystko to musimy w sobie zmienić.

Ewa Jaworska

Źródło: „Głos Uczelni” nr 201