Rzeczpospolita Polska

Julian i Jolanta Kruszyńscy


 

julian_i_jolanta_kruszynscy

Kasia, córeczka Joanny Kruszyńskiej-Kulki i Bartłomieja Kulki ma dwa lata, więc jeszcze nie wiadomo, jaki wybierze zawód. Nawet jeśli pójdzie zupełnie inną drogą, śmiało można powiedzieć, że ten dom w Namysłowie, to dom lekarzy weterynarii – sześciu. Wszyscy po naszej uczelni. Julian i Jolanta Kruszyńscy są lekarzami weterynarii. Ich córka Joanna wraz z mężem Bartłomiejem Kulką także leczą zwierzęta. Ich syn, czyli brat Joanny, Mateusz, jak i jego żona Anna Czaja-Kruszyńska – to też lekarze „wetu”. Ale po kolei.

Weterynaria – naturalny wybór

Ojciec pana Juliana Kruszyńskiego był dyrektorem pegeeru w Małomicach, które dziś znajdują się w granicach Lubina, a mama pracowała jako nauczycielka. – Często w nocy krowy się cieliły albo chorowały, ojciec natychmiast wstawał, a ja razem z nim, czekaliśmy na lekarza i byliśmy obecni przy wszystkich jego czynnościach. Od siódmej klasy szkoły podstawowej wiedziałem, że chcę być lekarzem weterynarii.

Co nastolatka zafascynowało w tym zawodzie? Pan Julian Kruszyński odpowiada, że wszystko. Że można przyjść z pomocą zwierzętom, które są bezbronne i ufne. Pociąg do spraw medycznych czuł w sobie zawsze, ale uważał, że nie będzie w stanie wziąć odpowiedzialności za życie ludzkie, a być może łatwiej zniesie swoje niepowodzenia, jeśli będą one dotyczyć zwierząt a nie ludzi. – Ostatecznie ten sposób myślenia okazał się złudny, życie pokazało, że przeżywamy całą rodziną, kiedy coś się nie udaje, bo na przykład mamy do czynienia z nieuleczalną chorobą – przyznaje pan Kruszyński.

Julian Kruszyński studiował na wrocławskiej Akademii Rolniczej w latach 1976–1981. Jego żona – Jolanta rozpoczęła i ukończyła studia rok później. Co zadziwiające, ojciec Jolanty tak jak Juliana też był dyrektorem w PGR-ach a mama również nauczycielką.

Dzieci uczestniczyły w naszej pracy – wspomina dziś pani Kruszyńska – ponieważ życie lekarza weterynarii jest nieuporządkowane, musi on pozostawać do dyspozycji pacjentów i ich właścicieli całą dobę.

Dla córki Joanny i syna Mateusza weterynaria była tak samo jak w przypadku rodziców najnaturalniejszym z wyborów. Oboje nie wyobrażali sobie innego zawodu i innego życia. Joanna ukończyła studia w 2007 roku, a jej młodszy brat w 2011. Oboje też odnaleźli swoje drugie połowy właśnie na weterynarii. A pewną rolę odegrała tu biochemia.

Miałam rok przez biochemię do tyłu – opowiada Joanna. – Dziś to już nie ma znaczenia, od moich studiów upłynęło niespodziewanie pięć lat, ale wtedy czułam, jakby mój świat się zawalił. Joanna i Bartek uczyli się razem po niezdanym egzaminie. A Mateusz raz zamiast na ćwiczenia z histologii trafił na salę gimnastyczną, gdzie studentki AZS grały w siatkę. Wśród nich wypatrzył Anię.

Ciężkie czasy, piękne czasy

Pan Julian Kruszyński poznał swą żonę na studiach. To była miłość od pierwszego wejrzenia. – Od początku znajomości do ślubu minęło trzy miesiące. Zakochaliśmy się w sobie na zabój – wspomina pan Kruszyński, a jego córka dopowiada, że z tych trzech miesięcy jeden cały spędził w Hanowerze na praktyce.

Na Zachód mogły wyjechać tylko dwie osoby z roku wykazujące się działalnością społeczną, naukową i znające język. Jakoś się udało, kolega pojechał do Belgii, a pan Julian do Niemiec pod opiekę prof. Schulzego. Zresztą, kiedy tam przyjechał, Hanower opuścił właśnie dr Józef Nicpoń, który tam robił swoje badania naukowe.

Państwo Kruszyńscy pobrali się, kiedy on zaliczył czwarty rok, a ona trzeci. Na weterynarii studiowało w tamtym czasie co najwyżej dziesięć procent kobiet, a małżeństwo studenckie było prawdziwym ewenementem. Było ciężko zwłaszcza, że nie mogli znaleźć mieszkania we Wrocławiu.

Dzięki pomocy Michała Mazurkiewicza dostaliśmy pokój małżeński w Centaurze. Na wyposażenie pokoju składała się półka na książki, jeden fotel i stolik. Kiedy rozkładaliśmy materace na noc, to fotel trzeba było wstawiać na stolik. I tak wówczas uważaliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi – wspomina pani Jolanta.

Prof. Michał Mazurkiewicz był wtedy młodym doktorem, który opiekował się młodzieżą. Brał udział w rajdach studenckich. Normalny, choć zakręcony jak każdy naukowiec, ale przede wszystkim dobry człowiek, bez najmniejszej złośliwości, sprawiedliwy, uczciwy i obiektywny. Kochał ludzi, a w tym, co robił zawodowo, był najlepszy. Prof. Mazurkiewicz to uczeń prof. Wachnika, człowieka wielkiej sławy i kultury.

Kochaliśmy prof. Wachnika był naszym cudownym nauczycielem. Prowadził wykłady w sposób nowatorski przy zawsze pełnej sali, nie przekazywał wiedzy książkowej, opowiadał przypadki i jak się trzeba zachować w określonych sytuacjach – tak opowiada o nim pani Kruszyńska.

Ale byli też tacy, których studenci nie kochali i dawali temu wyraz. Julian Kruszyński angażował się nie tylko w studencki ruch naukowy, lecz także w sprawy społeczne. Był członkiem rady wydziału a później senatu jako przedstawiciel studentów. W 1979 roku student Julek był szefem SZSP (Socjalistycznego Związku Studentów Polskich) na Wydziale. Na fali strajków i ogólnopolskiego ruchu wolnościowego wraz z kolegami ogłosili protest na uczelni. Warunki negocjowali z rektorem prof. Ryszardem Badurą. Chodziło o odsuniecie dwóch wykładowców od prowadzenia zajęć, a jednego od egzaminowania. To była wielka i niespotykana sprawa . Rektor się zgodził, wiedział, że argumenty studentów nie są bezpodstawne.

Kiedy Julian Kruszyński rozpoczynał pracę na uczelni w Instytucie Patologii i Terapii Zwierząt u prof. Zbigniewa Samborskiego, jego żona urodziła Joasię i była studentką piątego roku. Jej przysługiwał pokój w akademiku a jemu hotel asystenta. Nie było możliwości, żeby małżeństwo asystencko-studenckie mieszkało razem. Mieszkanie zastępcze proponowano im za najszybciej 9 lat.

Pensja Julka była tak głodowa, że bez pomocy rodziców nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Z pensji asystenta nie można było wykupić kartek żywnościowych – opowiada pani Jolanta.

Pan Kruszyński zamienił się wówczas z kolegą, który marzył o powrocie na uczelnię. Zajął jego miejsce w lecznicy terenowej, w Ligocie Książęcej, kilkanaście kilometrów od Namysłowa.

Od pegeeru do własnej lecznicy

W Ligocie Książęcej państwo Kruszyńscy spędzili cztery lata, choć w międzyczasie pan Julian musiał odbyć roczną służbę wojskową. To były takie czasy, że nikt nie liczył się z tym, że odchodzi na rok jedyny żywiciel rodziny, pozostawiając żonę z małym dzieckiem bez środków do życia. Po trzech latach po Joasi urodził się Mateusz. Ich służbowe mieszkanie w Ligocie miało sto m2, ogród i garaż.

Wspominam ten czas jako piękny – mówi pani Jolanta – poświęciłam się wychowaniu naszych małych dzieci. Mieszkali tam życzliwi ludzie, którym i my byliśmy oddani. Dla mnie jako mamy był to czas spokojny i bezpieczny, choć Julek pracował na okrągło.

Powiat namysłowski był typowo rolniczy, wszędzie dookoła rozlokowane były pegeery. Hodowano w nich bydło na dużą skalę. Pod opieką lekarza Kruszyńskiego były dwa większe PGR-y, w jednym mieściło się np. 900 jałówek i 300 sztuk bydła mlecznego, a w drugim poza bydłem hodowano świnie. Na dziesięć wsi i te dwa PGR-y lekarza wspierał jeden sanitariusz weterynaryjny, zresztą wspaniały człowiek. Zdarzało się, że, gdy Pan Kruszyński wychodził na dyżur, wracał po dwóch, trzech dniach. Żona postanowiła więc z dziećmi towarzyszyć mężowi, aby mogły spędzać czas z ojcem.

Po czterech latach zaproponowano panu Julianowi Kruszyńskiemu stanowisko kierownika Oddziału Terenowego w Namysłowie, obejmującego pięć lecznic wiejskich i dwie przy fermach Zalesie i Krzyków. Pierwsza z nich była jedną z największych ferm w Polsce, licząca 27 tysięcy świń, druga była mniejsza – na około 8,5 tys. Natomiast pani Jolanta miała objąć funkcję ordynatora ds. drobiu. Było czym ordynować, ponieważ w okolicy mieściło się około 30 ferm kurzych. Kruszyńscy przenieśli się do Namysłowa.

Na przełomie 1989 i 1990 roku nastąpiła prywatyzacja weterynarii. Powstała wówczas, istniejąca do dziś, firma Biogen, zajmująca się wdrożeniami zastosowań biotechnologii inżynierii genetycznej. Jej częścią był zakład weterynarii stosowanej i eksperymentalnej. Julian Kruszyński został jego kierownikiem. Wraz z kilkoma zatrudnionymi lekarzami weterynarii państwo Kruszyńscy brali udział w opracowaniu i wdrażaniu pierwszych w Polsce probiotyków dla drobiu i świń, które zostały opatentowane.

Pracowaliśmy wtedy jak wariaci, obsługiwaliśmy pół Polski, zarabialiśmy dobrze, ale dużym kosztem – praktycznie nie widzieliśmy dzieci – opowiada Julian Kruszyński. – Zastanawialiśmy się czasem, kto odebrał nasze dzieci z przedszkola. Po pół roku tego wariactwa odeszliśmy, aby pracować na własne nazwisko.

Joanna i Bartek, Anna i Mateusz

Joanna poświęca się obecnie wychowaniu córeczki Kasi. Ukończyła specjalizację z higieny zwierząt rzeźnych i mięsa, nadzoruje zakłady. Na tej specjalizacji była zresztą z tatą, który czasem namawiał ją na wagary. Ojciec Bartłomieja jest także lekarzem zwierząt, a jego młodsza siostra ukończyła pierwszy rok weterynarii w Olsztynie. Bartek wyrastał w tej samej atmosferze, co Joanna.

Dobrze, że tak jest, bo świetnie się rozumiemy – wyjaśnia Joanna. – To jest specyficzny zawód. Trzeba się przyzwyczaić, że święta są przerywane pacjentami, że Sylwestra się nie ma, że jesteśmy dostępni 24 godziny na dobę.

Bartłomiej Kulka pracuje w Opolu, w Wojewódzkim Inspektoracie Weterynarii. Jest inspektorem ds. higieny zwierząt rzeźnych i mięsa. Codziennie dojeżdża do Opola i z powrotem. Po południu uzupełnia zespół lekarzy w lecznicy.

Byliśmy tymi rocznikami, które nie zaznały tej dzisiejszej nowoczesności. To, czym dzisiaj dysponuje uczelnia widzieliśmy dopiero w planach – wspomina pan Bartek. – Uczyliśmy się w przaśnych warunkach, ale kadrę profesorską mieliśmy pierwszorzędną – bezpośrednich uczniów tych lwowskich profesorów.

Ania z Mateuszem ukończyli weterynarię w 2011 roku. Anna ukończyła Technikum Hodowli Koni w Nawojowej. Zawsze miała w sobie tę miłość do zwierząt, choć przyznaje, rozważała różne możliwości: zootechnikę, awuef… Obecnie Anna Czaja-Kruszyńska pracuje w inspekcji weterynaryjnej w powiecie, w dziale chorób zakaźnych, a popołudnia spędza w rodzinnej lecznicy.

Mateusz podczas studiów angażował się w Studenckim Kole Naukowym. Wspomina, że w 2010 r. na zaliczenie stażu z chorób wewnętrznych pod kierunkiem dr Agnieszki Noszczyk-Nowak napisał pracę pt. „Królik-bohater”. Była to praca o wykorzystaniu zwierząt doświadczalnych w medycynie. Pani doktor zaproponowała mu wygłoszenie tej pracy podczas studenckiego sejmiku kół naukowych. Praca spotkała się z ogromnym zainteresowaniem. Wówczas ożył, zgłoszony przez ojca 30 lat wcześniej, pomysł pomnika ku czci zwierząt laboratoryjnych. Ten pomnik nawet był, ale nieskończony. Mateusz z grupą kolegów zadbali o projekty, patronów…, ich inicjatywa rozbiła się trochę o biurokrację, choć ostatecznie dopięli swego. Pomnik został uroczyście odsłonięty w 2011 roku. Mateusz pracuje w rodzinnej przychodni. Najbardziej lubi zajmować się chirurgią twardą – ortopedią. To jego konik.

***

W przydomowym ogrodzie państwo Kruszyńscy wybudowali lecznicę. Kiedy dzieci poszły na weterynarię – rozbudowali ją na dużo większą. Pani Jolanta ukończyła studia specjalizacyjne z chirurgii małych zwierząt i koni: – Ta działalność jest sercem naszej lecznicy. Mamy sporo pacjentów nie tylko z Namysłowa i okolic, ale i z Brzegu, Sycowa, Oleśnicy. Jest tu duży zespół, zawsze ktoś tu jest.

Przez 20 lat tylko raz przez dwa dni lecznica była zamknięta, kiedy cała rodzina pojechała na ślub Ani i Mateusza.

Ewa Jaworska

Źródło: „Głos Uczelni” nr 210