Rzeczpospolita Polska

Kazimierz Bęcek


 

Uczony na końcu świata

Jak znalazłem się na Borneo? – zastanawia się prof. Kazimierz Bęcek – Pewnego dnia na spacerze znalazłem na ulicy gazetę. Podniosłem ją, bo chciałem wyrzucić do śmieci, ale w oczy rzuciło mi się ogłoszenie, że na Uniwersytecie w Brunei szukają wykładowcy geodezji.

Zanim jednak do tego doszło w 1978 r. ukończył Akademię Rolniczą we Wrocławiu i już został na macierzystej uczelni. W 1984 r. zaproponowano mu wyjazd na Uniwersytet Techniczny w Dreźnie, gdzie w 1987 r. obronił doktorat. Praca doktorska dotyczyła symulacji komputerowej do modelowania refrakcji. Zainteresował się nią prof. Fritz Brunner z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii w Sydney, który jest światowym autorytetem w zakresie refrakcji atmosferycznej.

 

studenci_kazimierza_becka

Studenci prof. Kazimierza Bęcka

 

Otrzymałem propozycję rocznego stażu, ale rektor Akademii Rolniczej nie chciał się na nią zgodzić. To były takie czasy, że wielu ludzi wyjeżdżało i już nie wracało, więc poniekąd go rozumiem. A ja wcale nie chciałem zostać w Australii na stałe.

Niestety, wyjazd potraktowano jako porzucenie pracy i młody naukowiec rzeczywiście nie miał już do czego wracać. Na szczęście, w Sydney zaproponowano mu kilkuletni kontrakt, który mu później przedłużono. Potem pracował w sektorze prywatnym, zajmował się przetwarzaniem danych i aktualizacją map. Został ekspertem do spraw geograficznych systemów informacyjnych.

Zawsze jednak ciągnęło mnie w stronę nauki i chciałem pracować z młodzieżą. Gdy na ulicy znalazłem tę gazetę, wiedziałem, że to coś dla mnie! I tak w 2003 r. zamieszkał na Borneo. – Tu jest jak u Pana Boga za piecem. – opowiada. Dzień i noc trwają równo po 12 godzin. Najniższa temperatura to 24°C, najwyższa – 32°C. Nie ma trzęsień ziemi, cyklonów, tajfunów, czasem tylko zawieje wiatr. Za to prawdziwym utrapieniem są małpy, które wdzierają się do domu i kradną owoce. – Mamy w oknach kraty w obronie nie przed złodziejami, ale przed amatorami jabłek – wyjaśnia. Blisko równika jest tak ciepło, że nie sposób dostać gęsiej skórki. – No chyba, że przed studentami – żartuje profesor. W ich domach raczej nie ma intelektualnej atmosfery. Pierwsze szkoły powstały na początku lat 50., więc starsi ludzie często nie umieją pisać ani czytać. A że natura jest tutaj łaskawa, to nie ma przymusu nauki. Można żywić się owocami morza, a w dżungli zawsze znajdzie się coś do jedzenia. Dlatego sułtan, który jest władcą państwa, płaci rodzicom za posyłanie dzieci do szkół.

Tajna wiadomość dla sułtana

Różnice kulturowe są ogromne. Na Borneo czas płynie zupełnie inaczej. Tutaj nikt się nie śpieszy. Profesor od 1,5 roku stara się załatwić porozumienie między uniwersytetem a NASA , dzięki któremu uczelnia odniesie spore korzyści. Zgoda wprawdzie jest, ale podpisu nie ma, bo dokument utknął u jakiegoś urzędnika. Jest jednak pewny sposób, jak zainteresować sprawą sułtana. – Moi studenci zdradzili mi ten sekret – śmieje się. – Wystarczy napisać coś na małej karteczce, zmiąć ją i wcisnąć w rękę sułtanowi. A właśnie nadarza się okazja, bo niebawem władca będzie wręczał dyplomy absolwentom uczelni. Uroczystość ta potrwa kilka godzin, podczas których ubrany w togę profesor Bęcek będzie usiłował zabić nudę, podczytując ukradkiem książkę.

To są rzeczy, których nie sposób przeskoczyć. Na szczęście mam wspaniałą żonę. Nie tylko mnie wysłuchuje, ale również ma na mnie kojący wpływ. Razem z żoną, z ciekawości, wybrał się kiedyś na coroczne święto, podczas którego można zwiedzić sułtański pałac, liczący 1700 pokoi, a także uścisnąć dłoń jego właścicielowi. Cała impreza trwa aż 3 dni, aby władca Borneo mógł osobiście przywitać się z 90 tys. ludźmi. – Organizacja jest znakomita – przyznaje. – Do pałacu podjeżdżały specjalne autobusy, wszystkich częstowano jedzeniem. Cztery godziny czekaliśmy, aby podać rękę sułtanowi.

Bzy tylko w Polsce tak pachną

Można mieszkać w raju, a jednak bardzo tęsknić za Polską. – Na Borneo jest pięknie, ale brakuje mi śpiewu ptaków. Byłem zdziwiony, gdy okazało się, że w dżungli wcale go nie słychać. No i bzy tylko w Polsce tak pachną. Zresztą, tutaj wcale ich nie ma! Chciałbym zbudować dom pod Wrocławiem, choć wtedy byłbym daleko od moich córek, które postanowiły zostać w Australii.

Pan profesor często przyjeżdża w rodzinne strony, odwiedza braci i kolegów ze studiów. Z uczelnią wiąże się tyle wspaniałych wspomnień. Chciałbym znowu siedzieć w moim dawnym pokoju – uśmiecha się. I kto wie, czy tak się nie stanie, gdyż serdecznie namawia go do tego prof. Andrzej Borkowski, Dyrektor Instytutu Geodezji i Geoinformatyki.

Magdalena Kozińska

Źródło: Głos uczelni nr 205