Rzeczpospolita Polska

Henryk Zamojski


 

henryk_zamojski

Henryk Zamojski jest dyrektorem Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Łosiowie i członkiem Konwentu i Stowarzyszenia Absolwentów Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Do szkoły poszedł w wieku 6 lat, a w wieku 17, jako najmłodszy student Wydziału Rolniczego, rozpoczął studia – w 1967 r., które ukończył w 1972 r.

Okno na świat

Wrocław dla mnie, który przyjechałem ze wsi spod Prudnika, to było okno na świat, zawsze uważałem, że był piękny.

Przez pięć lat pan Zamojski mieszkał „na prywatce” przy ul. Jedności Narodowej, nad nieistniejącym już kinem Pionier, ale kiedy przychodziła sesja, przeprowadzał się do Labiryntu – na waleta. Jako walet miał swoje prawa i obowiązki. Waleta bowiem nie wolno było wyrzucić, walet sprzątał w pokoju, wyrzucał śmieci, musiał czasem coś postawić, a jak co jakiś czas było cyklinowanie parkietu, to walet cyklinował. – Korzystaliśmy z tego, co oferował Wrocław, chodziliśmy do opery, operetki, kin, do ekonomika na zabawy, bo tam była przewaga dziewczyn, i do Dwudziestolatki.

Sławny docent Bogdanowicz

prowadził mechanizację rolnictwa. Na wykładzie puszczał listę – trzy nieobecności oznaczały niedopuszczenie do egzaminu. Najlepszy kolega Zamojskiego Edek Bernacki miał jakieś wesele albo pogrzeb i groziła mu trzecia nieobecność. Jak go uratować? – Siadam w pierwszej ławie, do dziś pamiętam, w sali 26 przy ul. Chełmońskiego. Bogdanowicz wyczytuje: Bernacki! Ja odpowiadam: Jestem! Sala zamiera. Bogdanowicz czyta listę dalej, a ja powoli wyczołguję się z ławki i wycofuję na górę, ściągam marynarkę i kiedy pada moje nazwisko: Zamojski! Odpowiadam: Jestem! Bogdanowicz na moje szczęście się nie zorientował, w przeciwnym razie na pewno wyleciałbym ze studiów. Egzamin z mechanizacji Bernacki zdał na 5 a Zamojski na plus 4. Przez pół roku Bernacki dzielił się ze swym zbawcą drugim daniem.

Nasze pokolenie ćwiczyło zakręty

Pan Henryk Zamojski wymienia jednym tchem kolegów – same znane nazwiska: Studiowałem z Marianem Wierciochem, Urszulą Prośbą-Białczyk, Tadeuszem Trziszką, Tadeuszem Szmańko, Pawłem Gajewczykiem, na jego roku był też Józef Szlachta, ale on studiował za granicą, za to jego żona też jest z tego roku. Dobrze zapamiętał Wojciecha Varankę, który po studiach został na mikrobiologii jako asystent i czasem wyjeżdżał za granicę. W 1976 r. postanowił nie wrócić, wziął udział w rejsie po portach bałtyckich aż do Londynu transatlantykiem Batory, którym urządzano takie rejsy podczas drobnych remontów. Varankowie wysiedli w Londynie, jak stali, bez bagaży, na krótko zatrzymali się u ciotki, następnie dostali się na Kostarykę, a później wystarali się o wizę do Stanów i osiedli w Kansas City. Pan Zamojski odwiedził kolegę w 2008 r. Spotkali się po raz pierwszy po 35 latach.

Wróciliśmy we wspomnieniach do początków naszej znajomości i studiów. Przypadały one na czas wydarzeń marcowych. Braliśmy udział w strajkach na uczelni. Pamiętam, że kiedyś studenci ze starszych lat nie chcieli mnie wpuścić, bo myśleli, że licealista przyszedł. Nie wszyscy wiedzieli dobrze, o co chodzi, ale się trzymaliśmy razem i wspieraliśmy. Strajkowaliśmy na tych salach, które dzisiaj są tak pięknie wyremontowane. Pan Henryk Zamojski pamięta najaktywniejszych kolegów. Niektórych za te strajki prześladowano później niemal przez całe życie. Przez pięć lat studiów jeden dzień w tygodniu studenci odrabiali wojsko, a po zajściach marcowych dostawali w kość przez dwa tygodnie na obozie wojskowym w Krośnie Odrzańskim. Takie to były czasy. – Z Tadeuszem Trziszką byliśmy nie tacy bardzo rośli i zawsze przypadało nam noszenie ciężkiego erkaemu, bo ci starsi i więksi zawsze załatwili sobie coś lżejszego.

Moje Stany Zjednoczone

Po studiach Zamojski dostał nakaz pracy w zielonogórskim pegeerze, ale udało mu się przenieść do Zespołu Szkół Ogrodniczych w Pruszkowie pod Opole, gdzie mieszkała rodzina jego żony. Pracował jako zootechnik. – Kończyłem specjalizację sadownictwo na wydziale rolnym, ale zdobywało się wiedzę tak wszechstronną, że różne pokrewne zawody można było wykonywać.

Później pracował w Urzędzie Gminy jako agronom przez trzy lata, a w 1977 r. przeniósł się do Wydziału Rolnictwa Urzędu Wojewódzkiego jako inspektor. Zaczął też działać w Stowarzyszeniu Inspektorów i Techników Rolnictwa.

Tymczasem w latach siedemdziesiątych amerykańska organizacja mennonitów nawiązała współpracę z polskim Stowarzyszeniem Inżynierów i Techników. Co roku, dzięki temu kontaktowi, 20 inżynierów mogło wyjeżdżać na praktyki do Stanów. W 1978 r. Zamojski był żonaty i miał dwójkę dzieci, wtedy wyjechał pierwszy raz za ocean na praktykę, która w istocie była ciężką pracą: – Przez 10 godzin dziennie sam doiłem 100 krów, ale zdobywaliśmy też uznanie farmerów, widzieli, że Polacy są pracowici i wytrwali. Wszystkie ich dowcipy o Polakach nagle przestawały być śmieszne i aktualne. Wracaliśmy stamtąd jako inni ludzie. To był szok kulturowy. Kiedy wróciłem do naszej zapyziałej, smutnej rzeczywistości, trudno było mi zrozumieć, że tu się nic nie udaje, trzeba było cicho siedzieć, chociaż coś się chciało zrobić. Na amerykańskiej farmie na jednego dojarza przypadało 100 krów, a u nas 20 i to z problemami.

Po raz drugi pan Zamojski pojechał tuż po przewrocie, w 1989 r., a później w 2000, 2003, 2008, 2009 i 2011 r. Amerykanie na zaproszenie pana Zamojskiego byli w Łosiowie w 2000 r., po raz drugi przyjadą w 2012. Współpraca z lat 70. zaowocowała trwałym zbliżeniem. – Moją ambicją było pokazać Polskę Amerykanom, dziś już nie mamy się czego wstydzić, zwłaszcza naszej kultury i historii.

Gdzie Rzym, gdzie Krym

Podczas wizyty w Stanach w 2000 r. pan Zamojski przebywał we wsi Goessel w Kansas. Tam wpadła mu w ręce książka telefoniczna, gdzie na ostatniej stronie znalazła się krótka historia miejscowości. Okazało się, że nazwę nadano jej na pamiątkę bohaterskiego kapitana Kurta von Goessela, który w 1895 r. podczas kolizji statków na kanale La Manche do ostatniej chwili ratował ludzi i wreszcie ze swoim okrętem poszedł na dno. Wszystkie gazety świata to opisały. Okazało się, że kapitan urodził się w Raciborzu pod Opolem. – Kiedy przyjechałem do domu, razem z Urszulką Prośbą złożyliśmy zamówienie do Ossolineum o wszystkie materiały na temat Kurta von Goessela, przygotowałem mapę Opolszczyzny, zaznaczyłem wszystkie miejsca. Gdy pojechałem w 2003 r. kolejny raz, zrobiłem Amerykanom wykład o Opolszczyźnie i Kurcie von Goesselu, i o tym, jak niedaleko mieszkam od rodzinnych grobów ich bohatera. Świat tak jest stworzony, że góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze.

Droga do Łosiowa

Po powrocie ze Stanów a 1978 r. pan Zamojski został zastępcą dyrektora Wydziału Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Urzędu Wojewódzkiego w Opolu. Na początku lat 90. na własne, duże ryzyko pojawił się w Polsce kapitał zagraniczny, m.in. firma Netafim z Izraela z urządzeniami nawadniania kropelkowego. Pan Zamojski zajmował się szukaniem dla nich potencjalnych klientów. W Krzeszowicach pod Krakowem postawili pierwszą instalację. W krajowej produkcji warzyw był to przełom. Pan Zamojski pracował dla Netafimu przez cztery lata, tworząc oddział w Opolu. Kiedy firma połączyła się z podobną ze Skierniewic, zdecydował się na zmianę i zatrudnił w Gospodarczym Banku Południowozachodnim, w którym przepracował kolejne trzy lata. – Przekonałem się, że to nie dla mnie, kiedy rozumie się problemy rolników i to, że więcej zależy od pogody niż od nich samych, trudno reprezentować stronę finansową. W 1999 r. nadarzyła się okazja. Dyrektor Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Łosiowie szedł na emeryturę, Henryk Zamojski zgłosił się do konkursu jako jeden z dziesięciu kandydatów. Zakwalifikował się do drugiego etapu wraz z dwoma jeszcze konkurentami i wojewoda ostatecznie go wybrał. – I do dzisiaj trwam. Przez te lata było tu dużo pracy, począwszy od zmiany mentalności moich ludzi, wykorzystałem wszystkie doświadczenia – i te amerykańskie i te izraelskie. Pierwszego kwietnia mija 13 rok mojej pracy na tym stanowisku i 40 rok mojego pożycia małżeńskiego.

Ewa Jaworska

Źródło: Głos uczelni nr 208