Rzeczpospolita Polska

Iwona Szabłowska-Manaczyńska


 

Afrykańska przygoda

Jestem taka zachwycona Polską. Kiedy wyjechałam z kraju wszystko było szare, zwłaszcza wieś, a teraz jest pięknie - mówi Iwona Szabłowska-Manaczyńska, absolwentka zootechniki Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu, rocznik 1957-1962. Ale zaraz dodaje, że Republika Południowej Afryki stała się jej drugą ojczyzną, a problemy tego kraju - jej problemami. Mieszka na Czarnym Lądzie od ponad 40 lat.

 

Iwona Szabłowska-Manaczyńska

 

Walizka z książkami

Swoje pierwsze po studiach wakacje pani Iwona Szabłowska-Manaczyńska spędziła u cioci w Londynie, ale wówczas nie zamierzała wcale opuszczać kraju, tylko raczej ułożyć sobie w nim życie. To raczej jej mąż - Witold marzył o tym, żeby wyjechać na Zachód - opowiada pani Iwona. Młodego geologa po Uniwersytecie Wrocławskim, specjalistę od kopalni węgla, zwłaszcza odkrywkowych, ciągnęło go do wielkiego świata. Chciał wiedzieć, co się dzieje w geologii w innych miejscach. Mąż pani Iwony podpisał więc kontrakt poprzez Polservice z firmą niemiecko-arabską na wiercenia w poszukiwaniu ropy naftowej w Libii. Pani Iwona została w Polsce z czteroletnią Marysią, ich najstarszą córką. - Po dziewięciu miesiącach pracy na pustyni Witek przysłał mi bilety na urlop do Londynu. Zapakowałam jedną małą walizkę z rzeczami dziecka i drugą... z książkami i dyplomem. Czy coś innego mogła zabrać? Nic, bo też nic nie było.

W tamtych czasach, jak wspomina pani Iwona, o niczym się wprost nie mówiło. Nie wymieniało się poglądów w korespondencji, ani też nie zdradzało żadnych planów. - Ale gdy mąż przysłał bilety dla mnie i dziecka - to było jednoznaczne. Pojechaliśmy przez Rzym do Londynu. W tym samym czasie świat obiegła informacja o strzelaninie w Gdańsku. To był straszny szok. Pani Szabłowska wiedziała, że do Polski już nie wrócą.

Życie w kraju apartheidu

Pan Witold Manaczyński dostawał propozycje pracy i z Anglii, i z kanady, ale pomysł, żeby rodzina osiedliła się w Południowej Afryce podsunęła ciocia. Wiedziała, do czego namawia, ponieważ pracowało tam jej dwóch synów, którzy urodzili się i wychowali w Anglii. Przez ambasadę RPA mąż pani Iwony podpisał kontrakt w Geological Service jako specjalista od węgla. Na wizę czekali w Londynie około pół roku, wreszcie otrzymali od rządu RPA bilety na samolot i znaleźli się w Johannesburgu.

Z lotniska odebrali ich państwo Zbigniew i Halina Dziembowscy - ich pierwsi znajomi, a później przyjaciele na południowym końcu Afryki. Zbigniew Dziembowski pracował już w Geological Service jako hydrogeolog. Pan Witold odnalazł się w nowym środowisku zawodowym. Był współautorem mapy zasobów mineralnych Południowej Afryki - pomagał rozpracować zasoby węgla. Tego węgla jest w RPA tak dużo, że nawet Polska go kupuje.

- Na początku trudno było się zorientować w prawach i zwyczajach naszego nowego kraju. Tu spotkały się dwie diametralnie różne kultury, plemienna i europejska. Na tym styku zawsze będą problemy - wspomina swoje pierwsze wrażenia pani Iwona, choć jednocześnie dodaje, że jej rodzina ich nie doświadczyła.

Do pracy została przyjęta po siedmiu, ośmiu miesiącach, gdy córka Marysia zaczęła chodzić do szkoły - prywatnej, prowadzonej przez zakonnice, gdzie odbywało się również wiele zajęć popołudniowych. - Znajomy zaproponował mi, żebym złożyła dokumenty w Dairy and Animal Institut. Wydział żywienia zajmował się w tym czasie dostosowaniem europejskich tablic żywieniowych dla zwierząt hodowlanych do warunków panujących w Afryce. Wykorzystano między innymi wyniki badań omówione w polskiej publikacji i założono doświadczenie na owcach. Pani Iwona pracowała pod kierunkiem dr. H.S. Hofmeyera jako technik. Zabrane z Polski książki, zwłaszcza „Hodowla ogólna” i prof. Ruszczyca „Doświadczalnictwo”, pomogły jej w prowadzeniu doświadczenia i opracowaniu jego wyników. - W ten sposób zmienił się mój status z technika na naukowca - opowiada pani Szabłowska. - Nasze laboratorium wydało zbiorową publikację z moim nazwiskiem na drugim miejscu. Zostałam też członkiem „South African Council of Natural Scientist”.

W tym czasie pani Iwona zaczęła spodziewać się powiększenia rodziny, więc na dwa lata pożegnała się z Instytutem. Po powrocie do pracy została przyjęta na Wydział Hodowli Ogólnej. W Europie i USA ukazało się w tym czasie kilka publikacji na temat aberracji chromosomowych u bydła.

Nowe wyzwanie - laboratorium genetyczne

Pani Iwona Szabłowska została przyjęta jako kierownik laboratorium cytogenetycznego, ale gdy pojawiła się w nim po raz pierwszy po urlopie macierzyńskim, zastała stos nierozpakowanych pudeł. Wszystko trzeba było od początku urządzić. - Z dwiema koleżankami rozpakowałyśmy sprzęt laboratoryjny i starałyśmy się zapoznać ze wszystkim, co dotyczyło cytogenetyki: metodami otrzymywania „czytelnych” slajdów mikroskopowych, „normalnych" i „nienormalnych" zestawień chromosomów u bydła. Zostałam wysłana do Tigerburg Hospital, który jest częścią Uniwersytetu Kapsztadzkiego, żeby się przyjrzeć organizacji pracy w laboratorium cytogenetycznym - opowiada pani Iwona. - Nasz instytut wymagał kwartalnych sprawozdań, jak posuwa się praca w poszczególnych działach. Ku mojemu zaskoczeniu - mieliśmy o czym pisać! Okazało się, że pewien procent bydła zarodowego miał rzeczywiście translokacje chromosomowe. Taki osobnik niczym nie różnił się od normalnego, ale przyczyniał się do poronień, co z kolei przysparzało sporych strat materialnych. Wydano zarządzenie przebadania wszystkich stacji inseminacji, a następnie wszystkich rozpłodników należących do prywatnych farmerów. - Muszę przyznać, że rolnictwo w RPA stoi na bardzo wysokim poziomie - pani Iwona wspomina, że już w połowie lat 70, kiedy zajmowała się badaniami cytogenetycznymi u bydła, właściciele wielkich farm byli świetnie wykształceni i rozumieli problem, przed którym stanęli. Byli zaskoczeni tym, że anomalia chromosomowe są aż tak popularne. Trzeba było eliminować osobniki, u których je wykryto, ponieważ nie nadawały się do rozpłodu.

- Nas, cytogenetyków było w kraju około stu, pracujących w różnych oddziałach: roślinnym (najlepiej rozwiniętym), ludzkim i wreszcie moim malutkim laboratorium zwierząt hodowlanych. Spotykaliśmy się raz do roku na zjazdach cytogenetycznych, gdzie wymienialiśmy doświadczenia - opowiada pani Szabłowska.

- Postery z naszego laboratorium zawsze wywoływały ożywione dyskusje, jako że materiał był nowością. Proszę zwrócić uwagę, że mówimy tu o latach 70. Na tych zjazdach nawiązywałam znajomości z cytogenetykami ze szpitali i uniwersytetów.

W Pretorii powstał Departament Cytogenetyki Ludzkiej. Zaproponowano pani Iwonie dosyć dobre warunki i stanowisko Senior Professional Oficer. Początkowo było to niewielkie laboratorium doczepione do ginekologii. Osobiście zainteresowała się obrazem chromosomów przy różnych typach leukemii i raków. Aby pracować z tkankami ludzkimi musiała mieć zezwolenie The South African Medical and Dental Counsil, gdzie została zarejestrowana jako medical scientist w kategorii biological sciences. Po paru latach okazało się, że Departamentu Cytogenetyki Ludzkiej przy Uniwersytecie Pretoriańskim nie będzie z braku funduszy. W tym samym czasie z datków europejskich i amerykańskich wybudowano Akademię Medyczną pod nazwą Medunsa. Był to przede wszystkim uniwersytet dla czarnoskórych studentów, choć kadra profesorska była przeważnie „biała”. Pracowało również wielu polskich lekarzy - specjalistów na profesorskich stanowiskach. Laboratorium to zaczęło współpracować z laboratorium cytogenetyki „The South African Institut for Medical Research - University of the Witwatersroud” Johannesburg. - I tak znów zostałam przeniesiona do nowo organizowanego laboratorium cytogenetycznego. Przepracowałam w nim już do emerytury - wspomina pani Iwona. - Na corocznych kongresach spotykałam dr Renee Bernstein, która była dyrektorem cytogenetyki na Witwatersroud, dzieląc się z nią moimi przemyśleniami, wynikami i szukając u niej rady w trudniejszych problemach. Niestety, w 1988 roku wyjechała do Kalifornii.

Druga ojczyzna

Pani Iwona opowiada, że spotkała wielu wspaniałych ludzi: - Paru zostało przyjaciółmi, a inni dobrymi znajomymi, ale wszyscy oni wzbogacili moje życie. Ta 50. rocznica uzyskania dyplomu ukończenia studiów, zorganizowana z takim oddaniem przez Terenię i Krzysia Gwarów, dała mi możliwość spojrzenia w tył, w te wszystkie minione lata. I jest dobrze. Moje życie było czasem trudne, ale na pewno pełne. I to jest cudowne, że tak mogę sobie powiedzieć. Afryka przyjęła mnie i stała się moją drugą ojczyzną.

Pani Szabłowska opowiada, że Republika Południowej Afryka jest piękna szczególnie wiosną. Nazywana jest „małą Ameryką” a przedstawicielu ma tutaj każdy kraj na ziemi, w tym 9 oryginalnych plemion. Jest 11 oficjalnych języków, ale używa się głównie dwóch: angielskiego i africaans (rodzaj holenderskiego). Ten drugi ma nawet pomnik - to jedyny pomnik języka na świecie.

RPA to kraj bogaty, jest największą gospodarką w Afryce i jedną z największych na półkuli południowej. Jednak bogactwo to sąsiaduje z niewyobrażalną biedą. Po 1994 r. po przejęciu władzy przez Afrykański Kongres Narodowy do liczącego 40 mln ludności kraju napłynęło jeszcze 11 mln nielegalnych emigrantów z północy. Największe problemy tego kraju to: bezrobocie, sieroctwo, bezdom- nośc i Adis.

Pani Iwona Szabłowska-Manaczyńska mieszka wraz z rodziną w Pretorii ponad 40 lat. Jej mąż Witold obchodził niedawno swe 80. Urodziny. Mają trójkę dzieci - Marysię, Michała i Irenkę. Najstarsza córka Marysia mieszka ze swoja rodziną w Colorado Springs w stanie Colorado w USA. Ukończyła architekturę i historię sztuki i jest członkiem Związku Artystów w Colorado Springs. W tym roku

obchodzi 25. Rocznice ślubu i jest matką czwórki dzieci. Michał i Irena to bliźnięta, które ułożyły sobie życie w Afryce. Syn ukończył studia ekonomiczne a córka architekturę, Irena jest też matką trójki dzieci. Tak więc pani Iwona Szabłowska jest bogatą babcią - ma siedmioro wnucząt.

Rodzina początkowo mieszkała w wynajętym mieszkaniu, a później w wynajętym domu, aż wreszcie we własnym. Wybudowanym na górskim stoku. Cztery psy i piec kotów skutecznie strzegą domu przed wężami i innymi zwierzętami, które mogłyby zapuścić się tu z pobliskiego parku narodowego. Jeśli jednak się zdarzy lampart na drzewie, trzeba wołać straż parku.

Ambasada Polski prowadzi klub filmowy i raz na miesiąc wyświetla polski obraz wraz z komentarzami pani Liliany Kossakowskiej - świetnie prowadzony, jak ocenia pani Iwona. Ona sama należy do klubu brydżowego w Pretorii, który daje jej dużo przyjemności.

- Tak że mamy grupę przyjaciół, maleńki domek i spokojną starość - podsumowuje pani Szbłowska.

Ewa Jaworska