Rzeczpospolita Polska

Leszek Jarosz


 

Podczas wykładu zorganizowanego w Instytucie Inżynierii Rolniczej mogliśmy poznać dwóch absolwentów naszej uczelni pracujących w firmie DeLaval. Jednym z nich jest pan Krzysztof Dembowski, który ukończył studia w 1983 roku, a drugim pan Karol Ferenc – absolwent z 2006 roku. Podczas spotkania ze studentami opowiadali o systemach i urządzeniach oferowanych przez firmę oraz o rynku hodowli krów mlecznych, natomiast po wykładzie, już w zaciszu gabinetu opowiedzieli co nieco o sobie. Z firmy DeLaval znany nam jest jeszcze jeden absolwent, w tym dniu akurat nieobecny, pan Leszek Jarosz, wyróżniony przez rektora w 2010 roku statuetką Sapere Auso.

 

Leszek Jarosz

Leszek Jarosz opowiada żartobliwie, że jako absolwent liceum szedł ul. Curie-Skłodowską w kierunku Akademii Medycznej niosąc podanie na studia, ale skręcił po drodze na Rolniczą i tam został. Rozpoczął studia zootechniczne w 1976 r., lecz od czwartego roku, dostrzeżony przez prof. Zygmunta Ruszczyca, prowadził już zajęcia z młodszymi kolegami na zasadzie wolontariatu. Zdarzenie to wpłynęło na naukową karierę pana Jarosza. Gdy ukończył studia w 1980 r., objął etat młodszego asystenta w katedrze Żywienia Zwierząt i Gospodarki Paszowej. – Osobowość i charyzma niektórych profesorów lub nawet młodych docentów powodowały, że zapadli mi oni w pamięć na całe życie – wspomina dziś pan Leszek Jarosz, wymieniając nazwiska prof. Bolesława Nowickiego, prof. Jerzego Kotlińskiego, prof. Tadeusza Szulca i prof. Dorotę Jamroz. – Ten pierwszy zaszczepił we mnie patrzenie na zwierzęta i całą zootechnikę przez pryzmat genetyki i celów hodowlanych, które chce się osiągnąć.

To była osoba wyjątkowa, o swoistym spojrzeniu na rzeczywistość. Bez takich ludzi uczelnia jest zwyczajnie nudna – tak pan Jarosz zaczął opowieść o swoim promotorze, doc. Zygmuncie Sobczaku, ale zaraz wyjaśnia, jak to w stadninie koni w Nowej Wiosce badał przekazywanie cech, zwłaszcza fenotypowych, w liniach żeńskich. Kiedy pracę miał już gotową, profesor wysuwał nowy pomysł. Mówił: „Synciu, byśmy zrobili jeszcze to i tamto”. Dwa razy magistrant się zgodził, ale za trzecim razem powiedział „nie”. – To było wtedy, gdy zostawiłem w pociągu jego laskę zootechniczną, a profesor był bardzo przywiązany do różnych drobiazgów. Pan Leszek Jarosz wspomina rzetelność naukową doc. Sobczaka, jego nieustanną erupcję pomysłów, oglądanie problemu z różnych stron, ale też chimeryczny charakter. Nauczył się od swojego mistrza, że trzeba wszystko dobrze przemyśleć przed i skupić się na jednym, żeby później nie wracać do tematu i nie rozdrabniać się. Prof. Sobczak zaszczepił też w swoim uczniu nieprzemijającą miłość do koni.

Jednak pasją naukową i zawodową pana Leszka Jarosza stało się żywienie krów. Tym tematem zajął się w doktoracie pisanym u pani profesor Fritz i później w habilitacji.

W kwietniu 1986 r. doszło do wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Największe skażenie dotyczyło środkowej części Płw. Skandynawskiego, gdzie faktycznie padały radioaktywne deszcze, które skaziły pastwiska naturalne. Norwedzy zdecydowali się wówczas na wybicie sporej liczby zwierzyny dzikiej i hodowlanej, zamieszkującej te tereny. Później rozpoczęli wszechstronny program badań nad wpływem skażenia środowiska na organizmy żywe. Pan Leszek Jarosz znalazł się wtedy pierwszy raz za granicą, właśnie w Oslo. W katedrze żywienia uczestniczył w doświadczeniach nad migracją cezu w organizmach zwierząt. – Pierwszy raz miałem do czynienia z aparaturą tak wysokiej klasy, że można było badać pierwiastki śladowe, u nas tego nie było – wspomina dzisiaj i dodaje – Co się okazało, zwierzęta faktycznie łatwo absorbują cez, który przenika z przewodu pokarmowego, ale też niemal taką samą ilość pierwiastka wydalają. Mają więc wbudowany mechanizm obronny. Mieszkałem w Norwegii przez pół roku, to było wspaniałe doświadczenie.

Jednakże nie byłoby ono możliwe bez prof. Jerzego Presia, który został szefem Katedry po prof. Ruszczycu. – Przyniósł mi kiedyś książkę w języku angielskim i powiedział: Panie Kolego, proszę mi to przetłumaczyć – opowiada pan Jarosz. – Nie byłem zadowolony z tej roboty, ale zadanie miało na celu, żebym nauczył się języka. Jestem za to wdzięczny profesorowi do dziś, bo do tej Norwegii pojechałem już z bierną znajomością, a tam nabyłem biegłości.

Niedługo później pan Leszek Jarosz wyjechał do Danii, do Foulum, które wówczas było najlepszym ośrodkiem badawczym na świecie, z najnowocześniejszą aparaturą. Tam przeprowadził badania do habilitacji, w której zajął się głównie przemianami azotu w przewodzie pokarmowym na poziomie molekularnym. Nawiązał też wiele trwałych kontaktów. – Widziałem jak te ośrodki inwestują w młodych pracowników naukowych, umożliwiają im wchodzenie na bardzo wysoki poziom. Pobyt w Danii popchnął mnie w kierunku badań podstawowych, byłem tam w sumie 8 miesięcy – wspomina pan Jarosz.

Z uczelni odszedł po 12 latach pracy, w 1992 r. – Rozmyślałem nad tym, co chciałbym robić – opowiada pan Jarosz. – Odczuwałem wtedy pewien marazm na uczelniach, okres ogólnego zniechęcenia, jakiegoś spadku energii.

Był taki moment, że mógł przenieść się do Norwegii, ponieważ w jednej stacji badawczej zajmującej się żywieniem bydła ogłoszono konkurs na kierownika i na 50 osób, które się zgłosiły z całego świata, pan Leszek Jarosz uplasował się na drugim miejscu, a ten pierwszy zastanawiał się, czy przyjąć stanowisko. – Miałem ogromną satysfakcję z tej drugiej lokaty, ale rodzina oprotestowała pomysł emigracji. Natomiast bardzo spodobała mi się mentalność Skandynawów, którzy nie szufladkują człowieka, tylko chcą widzieć, co potrafi.

Nic więc dziwnego, że ogłoszenie skandynawskiej i mającej coś wspólnego z rolnictwem firmy DeLaval, która otwierała oddział we Wrocławiu, zwróciło uwagę naukowca. Początkowo objął stanowisko menadżera produktu, czyli był odpowiedzialny za produkty kapitałowe. Później został menadżerem marketingu, aż wreszcie dyrektorem generalnym na Polskę. Na krótko jednak, bo po pół roku zaproponowano mu, aby wszedł do zarządu grupy. Pod opieką pana Leszka Jarosza pozostawał region Europy Wschodniej. – Trochę żałowałem, bo w tym biznesie dyrektor generalny to najciekawsza funkcja, odpowiada się za spółkę w jej całokształcie – marketingu, zarządzaniu, sprzedaży, serwisie, budowaniu wizerunku, kreowaniu marki – sama poezja – opowiada z uśmiechem. – To fascynujące, bo od razu widać owoce wszystkiego, co się wymyśli i zrealizuje, życie szybko weryfikuje decyzje. Natomiast będąc na szczycie korporacji międzynarodowej, wpływa się na kierunki działalności całej firmy, wyznacza się je, kieruje się całą flotyllą, ale nie żyje się życiem poszczególnego okrętu.

Jego region się rozrastał, do Europy doszła Azja, ale bez Chin, później Chiny, następnie Japonia. Pan Jarosz obsługiwał region z Wrocławia, który uważa za bardzo dobre miejsce, blisko najlepszego europejskiego lotniska, czyli Monachium. Były to, oprócz Japonii, rynki nowe, tymczasem on chciał się sprawdzić na rynku dojrzałym i interesował się Ameryką Północną. – Dostałem tę działkę i tym razem musiałem się przeprowadzić na trzy lata do Stanów Zjednoczonych. Było to w 2009 roku. To czas, gdy nieustannie byłem w podróży. Z ulgą wróciłem do Europy.

Pan Leszek Jarosz przyznaje, że brakuje mu tej wielkiej nauki, chyba dlatego tak chętnie współpracuje z uczelniami wyższymi. Czuje się z nimi związany i rozumie ich potrzeby. – Cieszę się z zaproszenia do konwentu uczelni, bardzo chciałbym, żeby wypuszczać absolwentów przydatnych aktualnej gospodarce, na których jest zapotrzebowanie.

Czy czuje się człowiekiem spełnionym? – Tak. Jestem pierwszym Polakiem, który zaszedł tak daleko w międzynarodowych korporacjach, wiem, że sporo osiągnąłem naukowo. Udało mi się też po raz pierwszy ściągnąć duże doświadczenie żywieniowe do Polski, które zaczynamy w październiku. Będziemy badać w Polsce nowe preparaty dla cieląt. To będzie bardzo interesujące. Kiedyś z profesorami Szulcem i Kowalskim ściągnęliśmy do Polski żywienie TMR – czyli mieszaniną pełnoporcjową, zaszczepiliśmy to w kraju, a ja nakłoniłem DeLaval, żeby sprowadzić urządzenie do takiego żywienia. Mam z tego ogromną osobistą satysfakcję.

Jego hobby to pielęgnacja ogrodu, a drugą pasją są konie, ma kilka swoich, ale marzy o stajni. Jest szczęśliwym ojcem dwóch córek i syna.

Ewa Jaworska

Źródło: Głos uczelni nr 214