Rzeczpospolita Polska

Wiesław Gołąb

Landing on Tempelhof

To było 30 kwietnia 1982 roku, w pełni stanu wojennego, dzień przed 1 maja, kiedy trzeba było się wybierać ze szturmówką na pochód. 54 pasażerów wsiadło we Wrocławiu na pokład samolotu lecącego do Warszawy. Spośród nich 36 osób wiedziało, że raczej do stolicy państwa polskiego nie dolecą, tylko do innej, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Po 20 minutach lotu, kiedy dwóch agentów bezpieki i dwóch mundurowych już się rozluźniło, rozpoczęła się właściwa akcja.

 

Wiesław Gołąb

 

Wiesław (Thomas) Gołąb to absolwent ówczesnego Wydziału Melioracji Wodnych (dziś Wydziału Inżynierii kształtowania Środowiska i Geodezji), kierunku budownictwo wodne. Studiował w latach 1976-1981. Opowiada o sobie, że nie należał do najlepszych studentów, raczej do średnich, takich, którym nie wszystko przychodzi łatwo, czasem muszą powalczyć i poszukać sposobu.

Jeden z trzech kolegów, którzy przyszli do pana Wiesława Gołębia po sposób, próbował płynąć Bałtykiem wzdłuż wybrzeża, ale mu nie wyszło. Samolot wydał się najlepszym rozwiązaniem.

Jestem człowiekiem otwartym, koleżeńskim, i nikomu źle nie życzę – mówi o sobie pan Gołąb. – Kiedy mnie pytano, jak sobie wyobrażam przyszłość, zawsze odpowiadałem, że sobie nie wyobrażam, że w komunistycznej Polsce można żyć uczciwie. Nie kryłem się ze swoimi poglądami.

I dlatego do Pana przyszli? 20 grudnia zagadali a 30 kwietnia byliście w powietrzu. Co Pan wymyślił? – pytam.

O etapie pomiędzy wolałabym nie mówić. Uszanujmy. Dziś prowadzę w Berlinie prężną firmę zatrudniającą 30 osób. To jest wielka odpowiedzialność, dlatego nie chciałabym być kojarzony z wypadkami, które mogłyby zostać ocenione bez zrozumienia i w oderwaniu od kontekstu tamtych czasów. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy porwania samolotów odbywają się w zupełnie innych celach.

Akcja

Pan Wiesław Gołąb był pasażerem na tym pokładzie. Siedział, przyglądał się, opowiadał sąsiadce dowcipy. W czasie stanu wojennego w każdym samolocie pośród pasażerów siedzieli w cywilnych ubraniach agenci Służby Bezpieczeństwa oraz oficjalnie dwóch wojskowych – jeden na przodzie, a drugi na końcu. Cywile byli uzbrojeni w noże typu finka, a mundurowi dysponowali bronią z ostrą amunicją. Lot do Warszawy miał trwać 45 min.

W połowie trasy ośmiu „partyzantów” – nazwijmy ich partyzantami, bo chodziło o wolność a nie wybryk terrorystyczny – rzuciło się na naszych stróżów i obezwładniło ich.

Jeden z „partyzantów” chciał dostać się do kabiny pilotów, ale zaalarmowani przez stewardesę piloci nie otworzyli drzwi. Wówczas chłopakowi puściły nerwy i strzelił w podłogę z zabranego pistoletu. Jak później donosiła prasa, ponoć kula przeszła dwa-trzy cm od przewodu paliwowego. Mogło się skończyć tragicznie. W każdym razie piloci otworzyli drzwi kabiny, a „partyzant” zamknął się razem z nimi w środku. Porwanie stało się faktem.

Nie wiedzieliśmy, co się będzie działo – opowiada pan Gołąb. – Lotnisko w Berlinie Wschodnim miało w celach zmylenia potencjalnych porywaczy przygotowaną tablicę z napisem Tempelhof, tak aby wydawało się, że samolot ląduje już w Berlinie Zachodnim, ale piloci nie zdecydowali się skorzystać z tej zmyłki, ponieważ dla nich najważniejsze było jednak bezpieczeństwo pasażerów.

Amerykańska „zona”

Kiedy wylądowali w porcie lotniczym Tempelhof, pierwszy pilot oświadczył, że najpierw wychodzą „partyzanci”, i tak też się stało, cała ósemka opuściła pokład. Następnie miały wyjść rodziny „partyzantów”, ale oswobodzeni w międzyczasie agenci bezpieki kazali zamknąć drzwi i startować samolotowi z powrotem do Polski. Sytuacja znów zrobiła się groźna.

Wstałem i powiedziałem, że kategorycznie wysiadam. Agent chwycił mnie tak, że rozdarł mi kurtkę i rzucił na siedzenie.

Nikt nie widział, co się dzieje na zewnątrz, a tymczasem amerykańskie samochody pancerne zablokowały pas startowy. Kiedy agenci zorientowali się w sytuacji, odpuścili. W pierwszej kolejności wyszły rodziny „partyzantów”, a na końcu samolot opuścili przypadkowi pasażerowie tego kursu.

Ci ostatni byli bardzo przestraszeni, ale też poddani wpływowi agentów bezpieki. Nawet nie chcieli z nami rozmawiać Trzeba pamiętać, że ich najbliższe rodziny pozostały w Polsce.

Według niemieckich i polskich przepisów przejście granicy na podstawie dowodu osobistego nie było przestępstwem. Także „partyzanci” i pozostali pasażerowie samolotu w zasadzie nie wystąpili przeciwko prawu granicznemu, gdyby nie pewna okoliczność... Pracownicy amerykańskiej misji wojskowej prowadzili z każdym wywiad, pytając czy chce wracać, czy zostać. Amerykanie zadawali pytanie: „Czy chcesz zostać tutaj?” (Tutaj, czyli na Tempelhof). Każdy odpowiadał, że chce zostać w Niemczech. Jak się później okazało, lotnisko pozostawało w strefie amerykańskiej i tak naprawdę porwany samolot naruszył granicę polsko-amerykańską, a nie polsko-niemiecką. Jakiś czas później znów odbyło się porwanie samolotu i ktoś odpowiedział, że nie chce zostać w Niemczech, tylko chce zostać tutaj, czyli na Tempelhof - w rezultacie rozpoczął nowe życie w Stanach.

Dostaliśmy kolację. Nie zostaliśmy potraktowani jak przestępcy. Ani Amerykanie, ani Niemcy nie pytali o przyczyny wydarzenia. Było dla nich oczywiste, dlaczego ten samolot wylądował nie tam, gdzie powinien. Ucieczki z bloku wschodniego zdarzały się co jakiś czas.

„Partyzanci” zostali osądzeni i odbyli kary więzienia (od dwóch do czterech lat). Pan Gołąb miał jedynie problem z finką. Podczas szarpaniny na początku akcji z jednym z agentów bezpieki finka zaczepiła o łokieć siedzącego grzecznie pana Gołębia i wypadła agentowi z kieszeni. Pan Wiesław kopnął ją pod siedzenia. Pytanie podczas śledztwa było następujące: czy łokieć został wysunięty przypadkiem, czy celowo?

Życie w wolnym świecie

Nie było mi dane przez 10 lat odwiedzić Polski, a przez 5 lat nie widziałem żony i dziecka.

Pan Wiesław Gołąb na początku „łapał” każdą pracę. Na przykład kładł kafle. Kiedyś dostał zlecenie, aby przez weekend wykafelkować łazienki w restauracji, którą chciano otworzyć w poniedziałek. Pracował bez przerwy dwa dni i dwie noce. Kiedy wreszcie przyszedł zmęczony do domu, zadzwoniła żona z awanturą, że trzyma u siebie jakąś Niemkę. Pół godziny wyjaśniał, że nic podobnego się nie dzieje.

Nagle w telefonie odzywa się głos kobiecy i mówi, „proszę kończyć, bo już rozmawiacie pół godziny’’. Pytam tej Niemki, czy przypadkiem poprzedniego telefonu żony nie połączyła z kimś innym, a ona na to „każdemu może się zdarzyć”.

Taka była rzeczywistość tego małżeństwa. Chyba cud, że przetrwało. Pan Gołąb interweniował nawet w rządzie, u samego ministra spraw zagranicznych Hansa-Gietricha Genschera, który wybierał się z wizytą do Polski. Oba kraje podpisały porozumienie w sprawie łączenia rodzin i była tam klauzula, że rozłąka nie może przekroczyć 5 lat. Po trzech tygodniach od tej wizyty żona Gołąbia otrzymała nakaz opuszczenia Polski.

Dlaczego nie zabrał Pan żony i córki do tego samolotu?

Nie chciałem decydować o losie najbliższych. Nie wiedziałem, jak ten lot się zakończy i czy będzie bezpieczny.

Po przesłuchaniach w amerykańskiej strefie 36 osób, które zdecydowało się nie wracać do Polski, zostało przewiezionych do domu przesiedleńca. Otrzymali wsparcie na początek, ale później każdy musiał sobie radzić. Pan Gołąb załatwił sobie mieszkanie i papiery jako jeden z pierwszych.

Pytano nas, czy ktoś chce azyl polityczny, a ja powiedziałem, że nie chcę. Nie uważałem, że jestem prześladowany w Polsce. To, że ja się nie zgadzam z polityką państwa polskiego, to nie znaczy, że jestem prześladowany. Poza tym złożenie wniosku o azyl polityczny wiązałoby się z utratą obywatelstwa polskiego.

Otrzymał więc na początku Fremdepast - dowód bezkrajowca i przyjął status „Duldung”, co oznacza, że władze niemieckie tolerują pobyt danego człowieka na terenie swojego kraju. Po kilku latach uzyskał obywatelstwo niemieckie obok polskiego – zmienił wówczas imię na Thomas a nazwisko na Golab. Polskie i niemieckie obywatelstwo ma również każdy członek jego rodziny.

Znajomość języka niemieckiego pana Gołębia nie była wystarczająca, aby mógł podjąć pracę w swoim zawodzie. Urząd proponował mu pracę kierowcy, ale nie zgodził się.

Taka propozycja to często pułapka dla emigrantów, jeśli ją przyjmą, mogą już nigdy nie pracować zgodnie z wykształceniem, gdyż żaden poważny pracodawca nie zatrudni inżyniera, który pracuje jako kierowca.

Po trzech latach szkolenia się w języku odwiedził osobiście sto firm budowlanych, dwie chciały go zatrudnić. Bez problemu nostryfikował swój dyplom.

Moja uczelnia została w stu procentach zaakceptowana i – co trzeba jasno powiedzieć – jest nadal ceniona w Niemczech.

Uczelnia

Gdy pan Wiesław Gołąb wybierał szkołę średnią, siostra mu poradziła, żeby nie szedł do liceum, tylko do technikum: „Będziesz kapitanem statku”. To podziałało na wyobraźnię młodego chłopaka. Ukończył technikum budownictwa wodnego we Wrocławiu i rozpoczął studia na tym samym kierunku na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Należał do tych, którzy się angażują, lubią coś robić społecznie, załatwiać, organizować. Zaczął więc działać w radzie uczelnianej.

Pozytywnie wspomina prof. Stanisława Baca (seniora). Opowiada, że to była klasa sama w sobie.

Profesor miał ogromną wiedzę, która się chętnie dzielił. Bardzo lubił też Michała Mazurkiewicza, który wówczas był prorektorem ds. studenckich. Organizowali razem z nim różne rajdy, spotkania, zabawy. Zawsze stawał po stronie studentów. Był mentorem i starszym bratem jednocześnie. Kazimierę Anioł uwielbia do dziś.

Mam też nieprzyjemne wspomnienie z jednym z wykładowców. Pamiętam, że przyszedłem się usprawiedliwić i zwolnić z zajęć, ponieważ rektor - był nim prof. Ryszard Badura - zaprosił mnie jako przedstawiciela studentów na rozmowę. Ów doktor odpowiedział, że w żadnym wypadku mnie nie zwalnia. Poszedłem więc grzecznie do rektora, powiedziałem, że w umówionym terminie nie przyjdę. Rektor zadzwonił do dziekana, pana prof. Pogodzińskiego...

I co było dalej?

Już tylko gorzej, aż doszło do egzaminu komisyjnego z przedmiotu. Zdałem go, bo dziekan Pogodziński był sprawiedliwy i nie dał mnie skrzywdzić.

Pracę dyplomową pan Wiesław Gołąb pisał o skutkach powodziowych. Żonę poznał podczas studiów. Pobrali się i żona waletowała u niego w Labiryncie.

Później przeprowadzili się do teściów, do Dzierżoniowa. A pan Wiesław zaczął pracę w Ząbkowicach Śląskich w Wojewódzkim Zakładzie Wodnym. Znów się zaangażował w sprawy pracownicze.

W lutym albo w styczniu 1982 r. jakiś skorumpowany dyrektor miał zostać pierwszym sekretarzem partii w zakładzie. A jak wiadomo, w tamtych czasach i dyrektor, i pierwszy sekretarz mieli realną władzę. Ponieważ byłem członkiem partii już na studiach, ktoś podczas wyborów zaproponował inż. Gołębia jako alternatywę do kandydatury dyrektora. Zrobiło się niemałe zamieszanie, wybory przerwano i wojewódzkie władze partyjne oznajmiły, że pierwszym sekretarzem zostanie dyrektor zakładu. Ludzie nie zgodzili się. Po miesiącu zostałem wybrany jednogłośnie. Była do drobna demokracja w zakładzie komunistycznego kraju. Byłem tam pierwszym sekretarzem partii i członkiem Solidarności jednocześnie. I jako taki wsiadłem do tego samolotu.

Kilka osób na uczelni przyznaje się dziś, że Pan namawiał do tego, żeby 30 kwietnia udali się w podróż LOT.

Czy Pani wie, że LOT w tamtych czasach oznaczał żartobliwie Landing On Tempelhof?! – śmieje się pan Gołąb, ale dodaje już poważnie: – To niesamowite. Około stu osób wiedziało o tym wszystkim, ale nikt nie puścił pary z ust, nikt nie zakapował.

Droga do własnego sukcesu

W pierwszej firmie budowlanej, zatrudniony już normalnie jako obywatel niemiecki, pan Gołąb przepracował 8 lat. Jego szef, świetny ekonomista i doskonale wyczuwający ludzi, wpuścił go od razu na głęboką wodę.

W międzyczasie Gołąb ukończył drugi fakultet w Niemczech – informatykę.

Zauważyłem, że dobrą rzeczą jest rozliczanie budów, tworzenie kosztorysów. Robiłem też rysunki w komputerze. Byłem jednym z pierwszych w Berlinie, którzy to potrafili. Jestem niezmiernie wdzięczny temu, co uczył mnie rysunku technicznego, miałem u niego piątkę. Do dziś piszę pismem technicznym. Moje rysunki były naprawdę niezłe. To był lwowski profesor, zmarł w czasie studiów.

Pan Wiesław robił dla firmy rysunki techniczne, aż wreszcie jego pracodawca stwierdził, że jest zbyt wykwalifikowany, a on nie może mu więcej płacić. W tym czasie otworzyła się granica z DDR i napłynęło wielu tanich robotników. Panu Gołębiowi pozostało więc założyć własną firmę - biuro kosztorysowe. Tak przepracował kolejne 9 lat.

Szefowa jednej z firm zaproponowała mi, abym spróbował uratować jej firmę od bankructwa. Zaangażowałem się i przez kilka lat rozliczałem jej budowy, ale firma była ostatecznie nie do uratowania. Pracownicy przyszli do mnie i zaproponowali, żebym na zgliszczach założył swoje przedsiębiorstwo i przejął ich.

Za jedno euro kupił bankruta od komornika, bez żadnych zaległości. Komornikowi opłacało się oddać firmę z masą starego, zniszczonego sprzętu i materiału, którego utylizacja byłaby bardzo droga. Ze starych pracowników zostawił tylko kilku. Przez 5 lat, jak dziś opowiada, zarabiał tylko 400 euro miesięcznie.

Żadnej konsumpcji zysków. Wszystkie inwestowałem w firmę. Przecież to i tak jest moje.

Obecnie pan Thomas Golab (dla przyjaciół z Polski nadal Wiesław Gołąb) zatrudnia 30 osób, w tym około 40% stanowią Polacy. W samym biurze pracują tylko szef, obliczeniowiec i sekretarka. Księgowość prowadzi zewnętrzna firma, której właścicielem jest zresztą Polak. Pozostali pracownicy to już obsługa techniczna firmy.

Zajmuję się budownictwem wodnym, oczyszczaniem stawów, kanałów, rowów, umacnianiem brzegów, przepustami, mostami. Wszystkim, co jest związane z infrastrukturą wodną. Prowadzę działalność do 100 km wokół Berlina. Dziś mogę powiedzieć, że wiedza nabyta na uczelni to 50% a praktyka to drugie 50% sukcesu. Moim hobby są podróże po świecie, zawsze przywożę i kolekcjonuję stroje regionalne.

Ewa Jaworska

Źródło: Głos uczelni nr 216